wtorek, 20 października 2020

Lojalność

 

Opowiadano mi o człowieku, którego przyjaciel został uwięziony; ów człowiek spał co dzień na podłodze, żeby nie zaznać wygód, których pozbawiono tego, kogo kochał. Tak, drogi panie, któż będzie spał na podłodze dla nas?

Albert Camus. Upadek

*

Żadna prawdziwie znacząca relacja nie może się opierać na kontrakcie. Na pierwszym miejscu jest lojalność. I jest to coś, co należy szanować, choćby się waliło i paliło.

Mark Rowlands. Filozof i wilk

*

Dave Chappelle to gwiazda stand-upu. Chappelle jest dobry, jest naprawdę dobry. Nie każdy, kto jest gwiazdą stand-upu jest dobry, ale Chappelle jest dobry. Mozart powiedziałby, że Chappelle zna się na rzeczy. I miałby rację Mozart, bo Chappelle zna się na rzeczy.

W specialu Equanimity Chappelle mówi, że on, Dave Chappelle, jest tak dobry w swoim fachu, że już go nudzi zwykłe wymyślanie żartów, bo to zbyt łatwe jest, więc on, Dave Chappelle, wpadł na taki pomysł, że będzie wymyślał żarty od dupy strony, bo to trudniej, a jak trudniej, to jest większa zabawa. Rybka polega na tym, że Chappelle najpierw wymyśli puentę, a później dorobi do niej żart. I dał przykład takiego żartu wymyślonego w nowym sznycie. Puenta była taka: - I kopnąłem ją w cipę. – No i w tym specialu opowiedział dwa takie żarty, w których była ta puenta.

Ja zrobiłem to samo, co zrobił Chappelle, tylko nie napisałem puenty, do której dopisałem żart. Napisałem zakończenie powieści, a później do tego zakończenia dopisałem powieść. Zakończenie mojej powieści jest takie:

- No i tyle – powiedziała patrząc na niego.

Wysłuchał tej opowieści, chociaż bał się jej wysłuchać. Wyciągnął z paczki papierosa, ale nie zapalił.

- Hm... – mruknął.

Po chwili dodał:

- Otworzę flaszkę.

- Otwórz; trzeba – powiedziała.

Wziął butelkę whisky, dwie szklanki, rozlał podwójne, a raczej potrójne porcje, podał jej szklankę, upili po dużym łyku. Popatrzył na nią, wyjrzał przez okno, znowu popatrzył na nią. Wreszcie powiedział:

- Zaraz będę gadać. Za chwilę.

- Gadaj – powiedziała.

Wypił do końca whisky, dolał sobie, zapalił. Popatrzył na nią. Upił łyk. Już wiedział, co zrobi. Teraz szykował się do tego, żeby jej powiedzieć. Musiał mieć czas, musiał przygotować się do tego, żeby powiedzieć to, co chciał powiedzieć. Zaciągnął się papierosem, dopił whisky, dolał sobie i rzekł:

- Dobra. Wołaj taxi i zmykaj. Ja zostanę i popracuję. Późno jest, ale zadzwonię do Arta. Zadzwonię też do Marty, może nie śpi. Pogrzebię w Necie, poczytam. Reszta jutro. Damy radę.

- To znaczy, że będziesz ze mną? – zapytała.

- Taa. Będę.

- Tak, jak kiedyś?

Zaciągnął się papierosem. Upił łyk whisky i powiedział.

- Nie wiem, czy tak, jak kiedyś. Ale spróbuję. Będę z tobą w dobry sposób.

Bał się. Bardzo się bał. Ale podjął taką, a nie inną decyzję decyzję pomimo tego, że się bał. Nie umiał postąpić inaczej. Po prostu nie umiał.

Bo był, kurwa, lojalny.

*

Temat nie jest zamknięty. Mam na myśli lojalność. Idzie o to, że lojalny nie oznacza automatycznie, że głupi. Trzeba będzie ten temat pociągnąć.

piątek, 25 września 2020

Pani X umarła

Pani X umarła. Żyła osiemdziesiąt lat i umarła. I teraz nie żyje. Można powiedzieć, że pani X nie żyje i można powiedzieć, że nie ma życia w pani X. Jednak żeby zasadnie stwierdzić, że pani X nie żyje, albo że nie ma życia w pani X, trzeba uznać, że pani X po tym, jak umarła, ciągle jest panią X. Bo przecież można przyjąć, że ta materia i ewentualnie coś jeszcze, które były panią X za życia, po śmierci pani X już panią X nie są. Równie dobrze można powiedzieć, że ta materia i ewentualnie coś tam jeszcze, które były panią X, po śmierci pani X panią X ciągle są.

Generalnie idzie o odpowiedź na pytanie o to, czy pani X, żeby być panią X, musi żyć, czy też może być panią X po tym, jak umarła i już nie żyje.

W tym miejscu trzeba ustalić, co to znaczy, że pani X żyje, jakie warunki musi spełniać pani X, żeby żyć, a żeby to ustalić, trzeba zdefiniować, czym jest życie. Kto definiuje to, czym jest życie? Oczywiście naukowcy. Naukowcy definiują wszystko, co da się zdefiniować i w ten sposób tworzą naukę. A co to jest nauka? Na to pytanie chyba najlepiej odpowiedział Thomas Kuhn, ten, który wymyślił pojęcie paradygmatu naukowego. Otóż Kuhn stwierdził, że nauka to jest to, co robią naukowcy. To znakomita definicja, aczkolwiek żeby chociaż trochę więcej wiedzieć, czym jest nauka, trzeba wiedzieć, co robią naukowcy, ale to temat na osobną bajkę.

Definiując życie naukowcy przyjmują różne kryteria, ale wielu naukowców zgadza się z tym, że najlepsze cechy życia zaproponował Tibor Gánti. Ten węgierski uczony wyodrębnił następujące warunki, które musi spełniać system, jeśli ma być przez naukowców uznany za organizm żywy:

1.      Obiekt musi być wyodrębniony ze świata zewnętrznego, musi być inherentną całością.

2.      W obiekcie musi zachodzić przemiana materii, czyli obiekt musi posiadać metabolizm.

3.      Obiekt musi być wewnętrznie stabilny, czyli musi cechować go homeostaza (warto poczytać, co o homeostazie pisze Antonio Damasio, np. w książce Dziwny porządek rzeczy).

4.      Obiekt musi posiadać mechanizm przechowywania i przetwarzania informacji użytecznych dla obiektu.

5.      Procesy wewnętrzne w obiekcie muszą być regulowane i sterowane.

Gánti wyodrębił jeszcze następujące trzy kryteria, cechy potencjalne, które nie są konieczne do tego, aby system uznać za obiekt żywy, ale konieczne do tego, żeby uznać, że w systemie proces życia zachodzi na większą skalę:

1.      Obiekt musi być zdolny do wzrostu i rozmnażania się.

2.      Obiekt musi mieć zdolność do dziedziczenia zmian, musi umieć przystosowywać się do nowych warunków – jest to podstawa procesu ewolucji.

3.      Obiekt musi być śmiertelny.

Wielu naukowców twierdzi, że aby system uznać za żywy, musi on mieć zdolność reagowania na bodźce, a także musi składać się z jednej lub więcej komórek, uznawanych za podstawowe jednostki życia (ciekawostka jest taka, że Lucien Cuénot stwierdził, że w komórce nie ma nic żywego oprócz całej komórki – ale znowu: to temat na kolejną bajkę).

Pani X po tym, jak umarła, nie spełnia definicji życia ukutej przez naukowców, czyli mówiąć najprościej, pani X po śmierci, wedle kryteriów naukowych, nie żyje, co rozumie każdy, kto wie, że pani X umarła. Czy jednak po śmierci pani X ciągle jest panią X? Tego niestety nie da się ustalić. Według jednych jest, a wedle drugich nie jest. Kiedy umarł Brenin, wilk Marka Rowlandsa, filozofa, którego bardzo lubię (ze wszystkich książek na świecie najbardziej  lubię książkę Rowlandsa zatytułowaną Filozof i wilk), to córka Brenina powąchała zwłoki ojca i tyle - nie interesowało jej ciało, w którym nie było życia; dla niej to ciało nie było Breninem. Natomiast wielu ludzi wierzy w to, że pani X po swojej śmierci dalej jest panią X; co więcej - wielu ludzi wierzy w to, że pani X żyje. Inaczej, niż przez ostatnie osiemdziesiąt lat, ale żyje. W pani X nie zachodzi proces homeostazy, ani metabolizm, ale wielu ludzi wierzy w to, że pani X żyje. W to, że pani X żyje (inaczej, niż przez ostatnie osiemdziesiąt lat, ale jednak żyje) wierzą ci, którzy zdają sobie sprawę z tego, że w pani X nie zachodzą procesy homeostazy i metabolizmu, jak i ci, którzy nie mają pojęcia o tym, czym są homeostaza i metabolizm.

Dlaczego ludzie wierzą w to, że po swojej śmierci pani X? Otóż wierzą dlatego, że przyjęli za dobrą monetę to, co powiedzieli im rodzice, babcia, ksiądz, znajomi, biorą za dobrą monetę to, co przeczytali, biorą za dobrą monetę to, co podpowiada im intuicja. Czy ludzie mylą się wierząc w to, że po swojej śmierci pani X? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że ludziom, niektórym ludziom, lżej żyć, kiedy wierzą w to, że pani X żyje po tym, jak umarła. W Fedonie Platon napisał tak:

Trzeba robić wszystko, co można, żeby zdobyć w życiu dzielność i rozum. Bo nagroda piękna, a nadzieja wielka. Spierać się o to, że właśnie tak, a nie inaczej jest, jak ja to opowiedziałem – nie wypada człowiekowi, który ma rozum w głowie. Ale że bądź to tak jest, bądź też jakoś tak podobnie ma się rzecz z naszymi duszami i z miejscem ich pobytu, skoro dusza okazuje się czymś nieśmiertelnym, to zdaje mi się, wypada i warto ryzykować przypuszczenie, że tak jest. Ryzyko bardzo piękne i trzeba sobie samemu takie słowa wiecznie niby do snu śpiewać.

Takie słowa wiecznie niby do snu śpiewać trzeba albo i nie trzeba, ale można. I można kłócić się z naukowcami w kwestii tego, czy pani X żyje (inaczej, niż przez ostatnie osiemdziesiąt lat, ale jednak żyje), czy nie żyje. Jestem jak najbardziej za tym, żeby kłócić się z naukowcami, w rozmaitych kwestiach, bo lubię, kiedy ktoś ustoi w sporze z naukowcami i pójdzie tam, dokąd naukowcy jeszcze nie dotarli, ale jak już ktoś kłóci się z naukowcami, to niech przynajmniej wie, co ci naukowcy mówią.


czwartek, 13 sierpnia 2020

Najtrudniej

W roku 2018 Antonio Damasio wydał książkę pt. Strange Order of Things. Life, Feeling, and the Making of Cultures. W tym samym 2018 roku książkę tę pod tytułem Dziwny porządek rzeczy. Życie, uczucia i tworzenie kultury wydało wydawnictwo REBIS. To bardzo dobra książka, jak wszystkie książki tego autora. Damasio pisze o wielu fascynujących rzeczach - o pochodzeniu umysłu, o poszerzaniu umysłu, o uczuciach, o emocjach, o świadomości, o qualiach (Damasio bardzo jest przywiązany do idei qualiów), o kulturze.

Damasio to tęgi naukowiec, świetnie sobie radzi w tych wszystkich neuronaukach, stawia śmiałe tezy i kapitalnie pisze. No i studiuję tę książkę od prawie dwóch lat, często po nią sięgam, a najstraszniejsze zdanie w całym tekście Damasio umieścił w Podziękowaniach. To zdanie idzie tak: Przygotowanie książki to długi proces planowania i zastanawiania się, ale w końcu nadchodzi dzień, kiedy trzeba usiąść przy biurku i zacząć pisać.


Ludzie mają rozmaite doświadczenia. Jeden siedział w więzieniu, ale nie był na wojnie. Ktoś inny był na wojnie, ale nie miał raka. A temu, który miał raka, nie umarło dziecko. A ten, któremu umarło dziecko, nie był bezdomnym. Tak to się kręci. Ludzie mają rozmaite doświadczenia. No i ludzie wskazują na rozmaite zadania, które ich zdaniem są najtrudniejsze - zrobić skomplikowaną operację chirurgiczną, podczas której trzeba grzebać w mózgu, albo grać w szachy tak, jak gra Magnus Carlsen (tu ukłon dla Pitera), albo wejść na K 2 zimą, albo latami opiekować się kochanym człowiekiem, który - jak to się popularnie mówi - jest w stanie wegetatywnym (czytajcie książkę Mózg. Granica życia i śmierci Adriana Owena - rewelacyjna rzecz), albo zaśpiewać Arię Królowej Nocy... Dla mnie najtrudniejszą robotą jest usiąść przy biurku i zacząć pisać. A mówiąc precyzyjniej - najtrudniej jest mi zacząć pisać.

czwartek, 2 lipca 2020

Przecinanie węzła gordyjskiego


W Juliuszu Cezarze Szekspir napisał tak:

W ludzkim życiu
Trafia się morski prąd, który żeglarza
Niesie ku wielkim zyskom; prąd przegapić –
Tu utkwić dziobem na resztę żywota
W mieliznach nędzy. Tak jest z nami: jesteśmy
Na pełnym morzu i gdy prąd pomyślny,
Trzeba korzystać z okazji.

To jest w przekładzie Stanisława Barańczaka. No i ja ten tekst Szekspira komentuję tak:

Może tak jest,
A może nie.
Dużo jest magii w tym myśleniu.
A jak naprawdę?
Chuj to wie.
Każdy jest sam
W swoim błądzeniu.

wtorek, 19 listopada 2019

Umrzeć - tego się nie robi kotu

   Historia z Teleexpressu. Była taka pani, co miała siedem kotów. I była chora, umierała i wiedziała o tym. No to założyła teczki każdemu kociołkowi. W każdej teczce zostawiła notki: jaki kotek ma charakter, co lubi, jak się zachowuje; zostawiła też pełną dokumentację medyczną - no zrobiła wszystko, co mogła. I umarła.
    I kociołki poszły do schronu - zaraz je ludzie wezmą po tym materiale w TV, na bank.
   Niesamowita dziewczyna. Szymborska napisała wiersz : Kot w pustym mieszkaniu. - I pierwszy wers idzie tak: - Umrzeć - tego się nie robi kotu.
   No bo się nie robi. Zasadniczo. Ale czasami nie da się nie umrzeć. Ta kobieta umarła swoim kotom. Ale zanim umarła, zrobiła, co mogła. Zginam przed nią kolano.

sobota, 25 maja 2019

φιλια


Po polsku na miłość mówimy miłość i już. Po polsku jest miłość do męża i żony, do dzieci, do rodziców, do Boga, do ojczyzny. Wszystko to jest miłość. W innych językach różnie jest z nazywaniem miłości. W języku greckim jest kilka terminów, którymi określa się miłość, np. takie te terminy są: eros, storge, filia, agape.
O miłości określanej terminem filia [φιλία] (co się czyta filija, a nie filia) ksiądz Andrzej Bohdanowicz pisze tak:
Człowiek kierowany "filią" odczuwa opiekuńczą troskę wobec człowieka kochanego. W taki sposób troszczą się bogowie o człowieka, przyjaciel o przyjaciela.
Nie wiem, jak o człowieka troszczą się bogowie, natomiast wiem, jak o przyjaciela troszczy się przyjaciel. W książce Filozof i wilk Mark Rowlands tak pisze:
Miłość ma wiele obliczy. A jeśli kochasz, musisz być dość silny, by zajrzeć w nie wszystkie. Istota "filia" jest, jak sądzę, dużo surowsza, dużo bardziej okrutna, niż odważymy się przyznać. Bez jednej rzeczy nie może istnieć, i nie jest to kwestia uczucia, ale woli. "Filia" - miłość do własnego stada - to wola, by zrobić coś dla jego członków, nawet jeśli rozpaczliwie nie chcesz tego uczynić, nawet jeśli to cię przeraża i budzi obrzydzenie, i nawet jeśli ostatecznie zapłacisz za to bardzo wysoką cenę, być może cięższą, niż potrafisz udźwignąć. Robisz to, ponieważ to jest dla nich najlepsze. Robisz to, bo musisz. Być może nigdy nie będziesz do tego zmuszony. Ale bądź gotowy. Miłość jest czasem jak choroba. Może skazać cię na wieczne potępienie i zaprowadzić do piekła. Ale jeśli masz szczęście, dużo szczęścia, przyprowadzi cię z powrotem.
W tym tekście najstraszniejsze jest to, że elementem, bez którego nie ma filii, jest nie uczucie, tylko wola. I to jest też w tym tekście najlepsze.

poniedziałek, 21 maja 2018

Przegrani są ciekawsi niż zwycięzcy (?)

     Ś.p. Krzysztof Mętrak, poza wszystkim innym, co robił, pisał felietony do tygodnika "Piłka Nożna". Uwielbiałem czytać felietony Mętraka. No i on napisał taki tekst w tej "Piłce Nożnej", w którym mówi, że przegrani są ciekawsi od zwycięzców. W tym felietonie napisał tak:

      Adorować sukces jest łatwo: wystarczy wyszczerzyć zęby i zachwycać się. Trudniej sekundować przegranym, bo przegrana ma wiele twarzy. W przegranej przeglądają się bowiem słabości przegranego, ale i właściwości świata, pośród których niesprawiedliwość nie bywa wcale ostatnią przywarą. Nie wszyscy przegrani rodzą się z piętnem przegranych, niektórym tylko fortuna i splot przypadków poskąpiły możliwości odniesienia sukcesu. Niektórych zawiodły ludzkie słabości, bo im pofolgowali. Inni nie umieli pokierować swoimi możliwościami, albo nie potrafili odpowiednio gospodarować własnym talentem. I tak dalej, i tak dalej.

     No i trzydzieści parę lat po tym, jak przeczytałem ten felieton Mętraka, napisałem komuś taki tekst - ten tekst rymuje się z tym, co napisał Mętrak.

      Popatrz na to zdjęcie. Ważni są tylko ludzie, scenografia jest obojętna. Jesteśmy drużyną – nie ma znaczenia, czy sportową, czy jakąkolwiek inną, idzie tylko o to, że mieliśmy pracę do zrobienia i zrobiliśmy ją zajebiście ale przegraliśmy w finale. I znowu – mniejsza o to, jaki to był finał, istotne jest, że doszliśmy prawie do samego końca, prawie na szczyt i tam, prawie na końcu, prawie na szczycie, wykonaliśmy zajebistą robotę, ale przegraliśmy. Ta drużyna, która nas pokonała, odbiera teraz swoje laury, a my na nich patrzymy. Nie jesteśmy na nich źli. Pokonali nas, bo, tak jak my, zrobili zajebistą robotę. Nie wiemy, dlaczego przegraliśmy. Może byliśmy trochę słabsi, ale jeśli już, to tylko trochę, tak bardzo trochę, że nikt tej różnicy nie widział, nawet my. Nie zastanawiamy się teraz nad tym, dlaczego przegraliśmy; na to przyjdzie czas. Nie jesteśmy smutni (ale tego nie jestem pewien do końca), bo przecież zrobiliśmy zajebistą robotę, najlepszą, jaką mogliśmy zrobić. Wszystko było fair, nikt nie grał nieczysto, nikt nas nie skrzywdził, a jeżeli już, to może bogowie, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo z bogami nie da się pogadać i nigdy nie dowiemy się, jak było. Mamy jak w banku złoty medal w kategorii "najbardziej zajebista pokonana drużyna", ale nie mamy złotego medalu, o który walczyliśmy.
      A może było całkiem inaczej, niż napisałem.