poniedziałek, 21 maja 2018

Przegrani są ciekawsi niż zwycięzcy (?)

     Ś.p. Krzysztof Mętrak, poza wszystkim innym, co robił, pisał felietony do tygodnika "Piłka Nożna". Uwielbiałem czytać felietony Mętraka. No i on napisał taki tekst w tej "Piłce Nożnej", w którym mówi, że przegrani są ciekawsi od zwycięzców. W tym felietonie napisał tak:

      Adorować sukces jest łatwo: wystarczy wyszczerzyć zęby i zachwycać się. Trudniej sekundować przegranym, bo przegrana ma wiele twarzy. W przegranej przeglądają się bowiem słabości przegranego, ale i właściwości świata, pośród których niesprawiedliwość nie bywa wcale ostatnią przywarą. Nie wszyscy przegrani rodzą się z piętnem przegranych, niektórym tylko fortuna i splot przypadków poskąpiły możliwości odniesienia sukcesu. Niektórych zawiodły ludzkie słabości, bo im pofolgowali. Inni nie umieli pokierować swoimi możliwościami, albo nie potrafili odpowiednio gospodarować własnym talentem. I tak dalej, i tak dalej.

     No i trzydzieści parę lat po tym, jak przeczytałem ten felieton Mętraka, napisałem komuś taki tekst - ten tekst rymuje się z tym, co napisał Mętrak.

      Popatrz na to zdjęcie. Ważni są tylko ludzie, scenografia jest obojętna. Jesteśmy drużyną – nie ma znaczenia, czy sportową, czy jakąkolwiek inną, idzie tylko o to, że mieliśmy pracę do zrobienia i zrobiliśmy ją zajebiście ale przegraliśmy w finale. I znowu – mniejsza o to, jaki to był finał, istotne jest, że doszliśmy prawie do samego końca, prawie na szczyt i tam, prawie na końcu, prawie na szczycie, wykonaliśmy zajebistą robotę, ale przegraliśmy. Ta drużyna, która nas pokonała, odbiera teraz swoje laury, a my na nich patrzymy. Nie jesteśmy na nich źli. Pokonali nas, bo, tak jak my, zrobili zajebistą robotę. Nie wiemy, dlaczego przegraliśmy. Może byliśmy trochę słabsi, ale jeśli już, to tylko trochę, tak bardzo trochę, że nikt tej różnicy nie widział, nawet my. Nie zastanawiamy się teraz nad tym, dlaczego przegraliśmy; na to przyjdzie czas. Nie jesteśmy smutni (ale tego nie jestem pewien do końca), bo przecież zrobiliśmy zajebistą robotę, najlepszą, jaką mogliśmy zrobić. Wszystko było fair, nikt nie grał nieczysto, nikt nas nie skrzywdził, a jeżeli już, to może bogowie, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo z bogami nie da się pogadać i nigdy nie dowiemy się, jak było. Mamy jak w banku złoty medal w kategorii "najbardziej zajebista pokonana drużyna", ale nie mamy złotego medalu, o który walczyliśmy.
      A może było całkiem inaczej, niż napisałem. 

wtorek, 20 marca 2018

Kiedy chodzi o mamę


Peter Singer to taki filozof, który obstawał za eutanazją, no i jeszcze takie coś kiedyś wymyślił, że jak się rodzicom dziecko nie spodoba, co im się właśnie urodziło, to powinni mieć prawo je zabić, chyba przez dwadzieścia osiem pierwszych dni życia dzieciaka poza łonem mamy - taki sobie termin arbitralnie ustalił, ale napisał uczciwie, że ustawił sobie taki termin arbitralnie. No i mama tego Singera zachorowała na Alzheimera, a on zamiast tę mamę dać zabić, zorganizował dla niej całodobową profesjonalną opiekę medyczną, a jak go zapytali, dlaczego tak się o mamę troszczy, zamiast ją wykończyć w ramach tej całej eutanazji, powiedział tak:
Myślę, że ta sprawa otworzyła mi oczy na to, że te rzeczy u człowieka są bardzo trudne... Trudniejsze niż dotąd sądziłem, bo jest to coś innego, gdy chodzi o twoją własną matkę.
Źródło: K. Malinowska, K. Urban. Dlaczego NIE eutanazji? http://www.katolik.pl/1382,416.druk?s=1. Dostęp w dniu: 20.03.2018.
W ekonomii istnieje pojęcie przewagi komparatywnej. Najogólniej mówiąc chodzi o koszty produkcji i handlową wymianę międzynarodową, ale ja lubię całą tę przewagę komparatywną wyjaśniać na przykładach nie państw i handlu, tylko porównując dwóch ludzi. Znalazłem w Necie kapitalny przykład, więc go wklejam:
Załóżmy, że mamy genialnego śpiewaka operowego oraz sprzątacza, którego najwyższym wkładem w działanie opery, może być ścieranie podłóg, gdyż nie posiada żadnych innych zdolności. Śpiewak jest od sprzątacza lepszy we wszystkim. Jest bardziej inteligentny i lepiej zorganizowany. Z oczywistych powodów lepiej radzi sobie w śpiewaniu, jednak jest też od niego lepszy w każdym innym aspekcie funkcjonowania opery. Lepiej gra na instrumentach, lepiej zarządza personelem, jest lepszym organizatorem, a nawet – lepiej sprząta podłogi, niż zrobiłby to sprzątacz. Kto będzie miał większe szanse zdobyć pracę na stanowisko sprzątacza, gdyby ogłoszona została rekrutacja? Śpiewak, prawda? No właśnie nie. Śpiewakowi nie opłaca się w ogóle na to stanowisko kandydować, gdyż jego kosztem alternatywnym jest rezygnacja ze śpiewania, za które otrzymuje górę forsy. Przy swoich wysokich kosztach życia musiałby żądać absurdalnie wysokiej kwoty za ścieranie podłóg. Mimo, że sprzątaczowi zmycie podłogi zajmie więcej czasu, to większą wartością dla innych jest to, że śpiewak śpiewa, zamiast efektywniej sprzątać. Wiemy to po różnicy w zarobkach na tych dwóch stanowiskach. W efekcie, dzięki przewadze komparatywnej, sprzątacz ma większą szansę zdobyć pracę na tym stanowisku niż artysta, gdyż artysta ma za dużo do stracenia, żeby zabierać się za taką pracę. Gdyby śpiewak miał przyjąć tę pracę, gospodarka miałaby się gorzej, gdyż mielibyśmy tylko czyste podłogi, biedniejszego śpiewaka i bezrobotnego sprzątacza. Ale my nie chcemy, żeby śpiewak sprzątał, chcemy żeby śpiewał, bo to stanowi większą wartość dodaną. Chcemy, żeby sprzątał ten, kto nie ma zdolności do innych rzeczy. Dzięki przewadze komparatywnej mamy czyste podłogi, bogatego śpiewaka, zatrudnionego sprzątacza i jeszcze – zaspokojone potrzeby estetyczne, dzięki słuchaniu operowej muzyki. W dalszym ciągu wszyscy zyskują.
Źródło: http://prostaekonomia.pl/podzial-pracy-przewaga-komparatywna/. Dostęp w dniu: 20.03.2018.
Peter Singer zrozumiał, że ekonomia ekonomią, zasady zasadami, ale zdarza się, że chodzi o mamę, i wtedy wszystkie zasady biorą w łeb, nie mówiąc o ekonomii. Zrozumiał, że kiedy chodzi o mamę, to masz sprzątać podłogi, choćbyś nie wiem jak umiał śpiewać. Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że tu chodzi o mamę. I tyle.

wtorek, 13 lutego 2018

Kiedy jest przefilozofowanie?

Napisałem do kumpla o tym, co się dzieje i jak to widzę, a on mi odpisał, że przefilozofowałem. No to odpisałem, że z tym przefilozofowaniem jest tak, że ono nie jest wtedy, kiedy ludziom kończą się pomysły na filozofowanie, tylko przefilozofowanie jest wtedy, kiedy pomysły na filozofowanie kończą się filozofom. Przy okazji – odpisując, jak odpisałem, wprowadziłem podział na dwie klasy: na ludzi i filozofów :-)
Bryan Magee napisał, że Ray Monk po tym, jak pierwszy raz rozmawiał z Karlem Popperem, powiedział tak: - Wiesz, że rozmawiałeś z wielkim filozofem, a nie po prostu z mądrym człowiekiem.
Monk ma rację. Pewnie czasami zdarza się, że filozof jest mądrym człowiekiem, ale tu nie ma automatu.
Jest taki film – Filozofowie (The Philosophers). Dość marny film, ale mówią tam parę dobrych rzeczy, między innymi ten gościu, który uczy dzieciaków filozofii zadaje takie pytanie: - Kto uważa, że sednem wartościowego życia jest radzenie sobie? – Dobry tekst, w punkt.
Mark Rowlands w książce Filozof i wilk napisał, że filozofia wyniszcza. Rowlands ma rację, bo filozofia wyniszcza.
Wracam do tezy z początku tekstu:  z przefilozofowaniem jest tak, że ono nie jest wtedy, kiedy ludziom kończą się pomysły na filozofowanie, tylko przefilozofowanie jest wtedy, kiedy pomysły na filozofowanie kończą się filozofom.

Amen.

środa, 31 stycznia 2018

Bez rękawic

W roku 1988 Mountain Magazine opublikował esej Wojciecha Kurtyki pt. Sztuka cierpienia (The Art Of Suffering). Kurtyka pisze, że dużo prawdy jest w powiedzeniu, że alpinizm jest sztuką cierpienia. Chodzi o to, że ludzie idą w wysokie góry zimą i tam, w tym zimnie, w śniegu, nawet pomimo podeszłego wieku czy niedołęstwa fizycznego, brną ku swoim celom. I często realizują te cele, zdobywają swoje szczyty.
W rozmowie z Moniką Rogozińską Kurtyka mówi, że himalaizm zimowy to kwintesencja męczenia się w górach. Na co Rogozińska powiada:
- Góra jest czymś tak trudnym w zimie, że wszyscy pracują harmonijnie na jeden cel w atmosferze partnerstwa, ofiarności, życzliwości.
A Kurtyka:
- Być może, ale co z tego. Istotą alpinizmu nie jest praca zespołowa.
Ha! Istotą alpinizmu nie jest praca zespołowa!
Bo nie jest. Na Adamie Bieleckim ludzie wieszali psy za akcję na Broad Peak w roku 2013. Wieszali psy, bo niczego nie rozumieli. Czy cokolwiek zrozumieli po tym, jak Bielecki z Denisem Urubko ruszyli na Nanga Parbat ratować Elizabeth Revol i Tomasza Mackiewicza? Czy zrozumieli, że pomimo tego, że Urubko w wywiadzie mówi, że myśli, iż każdy wspinacz zrobiłby to, co Urubko zrobił z Bieleckim na Nanga Parbat, to tylko takie gadanie, bo nie każdy wspinacz zrobiłby to, co zrobili Urubko i Bielecki, bo – poza wszystkim innym – żeby zrobić to, co zrobili Bielecki i Urubko, trzeba umieć to zrobić?
Akcja Urubki i Bieleckiego na Nanga Parbat to nie było dokonanie deptaczy, mistrzów sztuki cierpienia. Bielecki i Urubko nie idą w góry po to, żeby cierpieć, żeby pokonywać ból. Oni idą w góry po to, żeby się bawić, jakkolwiek być może trudno jest to zrozumieć i zaakceptować.
Kurtyka mówi Rogozińskiej jeszcze coś takiego: - Dla mnie himalaizm w wersji zimowej przestaje mieć wiele wspólnego z kwintesencją alpinizmu, który zaczyna się tam, gdzie kończy się zwykła turystyka, a człowiek musi pokonywać trudności techniczne także za pomocą rąk. Zimą nie ściągniesz rękawic, więc forsowanie trudnych barier technicznych nie ma sensu.

Kapitalny tekst – zimą nie ściągniesz rękawic, więc forsowanie trudnych barier technicznych nie ma sensu. A jeśli nie ściągniesz rękawic, jaki sens ma dotykanie ukochanej kobiety? Jaki sens ma dotykanie kochanego dziecka?

wtorek, 26 września 2017

Gaszerbrum IV



W paśmie Karakorum stoi Gaszerbrum IV, szczyt o wysokości 7925 m n.p.m. Zachodnia ściana tej góry, licząca ponad 2,5 km wysokości, nazywana jest Świetlistą Ścianą. Po raz pierwszy ścianę tę przeszli Wojciech Kurtyka i Robert Schauer; było to w dniach 13-20 lipca 1985. Kurtyka i Schauer nie atakowali szczytu, tylko przeszli ścianę, a magazyn Climbing uznał ten rajd za największy wyczyn himalaizmu w XX wieku.
Tu jest wywiad z Kurtyką (czytajcie, bo to świetny wywiad) – jest tam trochę o Gaszerbrumie IV. Strasznie było na ścianie, bo się pogoda załamała i Kurtyka z Schauerem spędzili na półce skalnej dwa dni, a wokół szalała burza śnieżna, a oni nie mieli jedzenia ani paliwa, a zatem i picia i niczego nie mogli zrobić poza czekaniem. Bernadette McDonald w książce Ucieczka na szczyt pisze tak:
Myślenie Wojtka zaczęło skręcać w niebezpiecznym kierunku. Często zastanawiał się nad procesem umierania i uważał, że najważniejsze jest, by przeżyć go w pełni świadomie.
Gdy tak rozmyślał nad realnością końca, martwił się też o Roberta. Niemal święte doświadczenie bliskości śmierci było przerażające, lecz zarazem ważne. Gdyby Robert był nieświadomy tego, jak doniosła jest ta chwila, popełniłby coś w rodzaju profanacji. Wojtek zastanawiał się, czy podzielić się z nim tymi przemyśleniami. Zaczął ostrożnie, łamiącym się, zachrypłym od zmęczenia i zimna głosem.
- Robert, chciałbym…
Robert zrozumiał, co Wojtek chce powiedzieć i przerwał mu cicho, ale zdecydowanie.
- Tak, wiem, co masz na myśli. Jestem gotów. Nie musisz się martwić.
W linkowanym wywiadzie dziennikarze pytają Kurtykę o to, czy wchodząc  w ścianę trzeba być pogodzonym z tym, że się z tej ściany nie wróci, na co Kurtyka mówi: - Lepiej być pogodzonym, niż działać w panice. Ale tu nie chodzi o poddanie się, raczej o przygarnięcie własnego losu.
Matko jedyna! To jest powiedziane pięknie. Nie w tym sensie, że tam jakieś ornamenty są, tylko w tym, że to jest powiedziane prawdziwie i tylko prawdziwie.
Ludzie pytają: - Po co oni łażą w te góry i co jakiś czas któryś się zabija? Wspinacze w wywiadach lubią mówić, że chodzą w góry, bo góry są, ale takie gadanie to pomieszanie z poplątaniem, bo góry są, jasne, ale nie po to ludzie idą w góry, żeby iść w góry, skoro góry są. Ludzie chodzą w góry po to, żeby popracować całym sobą w ekstremalnych warunkach, żeby nabrać szacunku do siebie, żeby siebie polubić. I jeszcze po to chodzą, żeby uciec stąd, bo tu jest za przaśnie, za mało, za łatwo. Polski tytuł książki McDonnald to Ucieczka na szczyt, angielski to Freedom Climbing. Obydwie wersje dobrze oddają to, po co – między innymi – ludzie chodzą w wysokie góry - żeby uciec stąd.
Kurtyka nosił w głowie tę Świetlistą Ścianę i w końcu poszedł na Gaszerbrum IV i dał radę. A nie zawsze daje się radę, bo Świetlista Ściana to droga w jedną stronę - albo przejdziesz ją do końca, albo zginiesz.
Pomyślałem sobie, że zanim człowiek wybierze się na Świetlistą Ścianę, dobrze, żeby tu, na dole, nie zostawił niedokończonych spraw, żeby spróbował je pozamykać, na ile się da. No i mam takie ładne coś, po prostu cacane, i to się rozwija i staje się coraz bardziej cacane. Mechanizm jest taki, że to się rozwija, żyje, ale nie tak, jak mrówka żyje albo drzewo, tylko tak, jak zorza polarna. No i w pewnym momencie trzeba zrobić coś drastycznego, żeby to dalej żyło i stawało się coraz bardziej cacane, bo jak się nie zrobi tego drastycznego, to to cacane umrze.
To już któreś tam cacane, jakie mam i zawsze robiłem to coś drastycznego. Ale teraz nie zrobię. Bo się boję. Zaleję to moje cacane żywicą i będę je mieć w bursztynie. Zaleję żywicą, póki jest cacane. I nigdy nie będę wiedział, czy popełniłem straszny błąd nie robiąc tego czegoś drastycznego, ale myślę, że mi tego zrobić nie wolno, skoro wybieram się na swój Gaszerbrum IV.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

O religii

Kilka uwag, żeby później nie było, że tekst skopany, bo po łebkach traktuję temat itd. Tekst jest o religii, ale w bardzo wąskim kontekście. Wiadomo, że religii jest mnóstwo, wyznań jest mnóstwo, że religie bardzo różnią się od siebie wzajemnie i że aby napisać solidny tekst o religii, to trzeba te religie dobrze znać itd. Wszystko to wiadomo, natomiast ten tekst to tylko szkic próby odpowiedzi na pytanie o to, jak to się dzieje, że współcześnie, w tych najnowocześniejszych z nowoczesnych czasów, istnieje coś takiego jak religia i jak to się dzieje, że po Ziemi chodzi mnóstwo ludzi religijnych. Dobrze mieć taki tekścik w archiwum, bo czasami, raz na ruski rok, zdarzy się ktoś, kto chce o religii pogadać, no to można go do tego szkicu odesłać, bo przecież dzisiaj nikt już książek nie czyta.
***
Richard Dawkins dał kiedyś wywiad, w którym powiedział, że ludzie religijni są głupsi od ateistów. Samo to stwierdzenie jest jałowe poznawczo, bowiem zapewne niektórzy ludzie religijni są głupsi od niektórych ateistów, a niektórzy ateiści są głupsi od niektórych ludzi religijnych. Trudno uwierzyć, że Tomasz z Akwinu był głupszy od Dawkinsa. Dawkinsowi chodzi jednak o to, że ludzie religijni mają zaburzony obraz świata, ponieważ wierzą w nieistniejące byty. Dla Dawkinsa wiara w Jahwe jest tym samym, co wiara w Potwora Spaghetti. Pascal Boyer w książce I człowiek stworzył bogów... pisze mniej więcej to samo, o czym mówił Dawkins:
Wielu ludzi postrzega religię jako skutek funkcjonalnego upośledzenia mózgu. Zgodnie z tymi teoriami ludzie, myśląc mało lub byle jak, pozwalają, aby rozmaite pozbawione podstaw wierzenia zaśmiecały i krępowały ich umysły.
Tyle, że Boyer, jak najbardziej ateista, który jest antropologiem, a swojej książce kapitalnie propaguje badania z zakresu psychologii, neurologii i w ogóle nauk kognitywnych, nie uważa, że religijność człowieka jest rezultatem funkcjonalnego upośledzenia mózgu.
Czym jest zatem religia i dlaczego niektórzy ludzie są religijni? W tekście Wiara (Dzieła zebrane. Tom 6.) ojciec Bocheński stwierdza, że wiara polega na tym, iż człowiek aktem wiary uznaje pewne zdania za prawdziwe. Bocheński dzieli uznawane przez człowieka zdania na trzy klasy:
1) zdania oczywiste, czyli takie, których prawdę od razu widzimy bądź zmysłami (że słońce świeci) bądź umysłem (że 2 dodać 2 jest cztery),
2) zdania, których prawdy nie widzimy, ale jak się naprężymy, to możemy tę prawdę zobaczyć (np. takie zdanie: 2798 x 1385 = 3.875.230),
3) zdania nieoczywiste, takie, których udowodnić się nie da.
Aktem wiary uznajemy ostatnią klasę zdań - zdania nieoczywiste. Czy aktem wiary możemy uznać wszystkie zdania? Boyer stwierdza, że nie i pokazuje, że są takie zdania, które nadają się na zdania, wokół których można budować religię i są takie, które do budowania religii się nie nadają. Oto przykłady takich "złych" zdań:
1) Ludzie się starzeją; pewnego dnia każdy przestaje oddychać i umiera; to koniec.
2) Jeżeli ten przedmiot obrzędowy zostanie upuszczony, to poleci w dół i w końcu dotknie ziemi.
3) Dusza zmarłego nie może przejść przez ścianę, ponieważ ściana jest solidna.
4) Bogowie obserwują nas i widzą każdy nasz uczynek! Ale natychmiast o wszystkim zapominają.
5) Istnieje tylko jeden bóg! Jest wszechmogący. Ale istnieje wyłącznie w środy.
A teraz przykłady zdań "dobrych":
1) Ta rzeka nas pilnuje. Jeśli zauważy, że dopuściliśmy się występku, odwróci bieg i popłynie ku swym źródłom.
2) Ten zegar jest niezwykły, bije, kiedy wrogowie spiskują przeciwko tobie.
3) Niektóre drzewa pamiętają rozmowy, jakie toczono w ich cieniu.
4) Las na ochrania. Daje nam zwierzynę, jeśli mu śpiewamy.
Robert Wright w książce Ewolucja Boga również podkreśla, że nie każda idea może stać się fundamentem religii:
Podczas gdy mem na Andamanach, zapewniający, iż burze z piorunami okazują się karą boską za topienie pszczelego wosku, nie mógł liczyć na to, że znajdzie swoje miejsce w wierzeniach religijnych społeczności, to i tak miał wielka przewagę nad memem, który głosił: "Burze się zdarzają i nic nie można na to poradzić".
Jak to się dzieje, że są "dobre" i "złe" zdania religijne? Boyer tłumaczy to tak, że każde zdanie religijne w jakiś sposób podważa nasze oczekiwania ontologiczne. Co to są te oczekiwania ontologiczne? U Boyera jest taki przykład, że poznajemy nowe hasło - ZYGON. Dowiadujemy się, że zygon to zwierzę. Jakie mamy oczekiwania ontologiczne względem ZYGONA, skoro już wiemy, że to zwierzę? Ano takie, że zygony nie są produkowane, tylko są rodzone przez inne zygony, że jakby tak przeciąć zygona na pół, to on prawdopodobnie nie przeżyje, że zygon musi jeść żeby przeżyć.
Zdania religijne zawsze podważają jakieś oczekiwania ontologiczne. Zdanie: Bóg jest wszechwiedzący mówi nam o tym, że Bóg to taka osoba, która ma niezwykłą moc poznawczą; ze zdania Matka Boska jest dziewicą wynika, że matka Jezusa jest kobietą obdarzoną wyjątkowymi cechami biologicznymi itd. Mówiąc inaczej - zdanie religijne to takie zdanie, w którym do zwykłej kategorii dodajemy jakąś niezwykłą cechę.
Ciągle to jednak nie tłumaczy, dlaczego jedne zdania są "dobrymi" zdaniami religijnymi, a inne "złymi". Boyer uważa, że istota sprawy leży w tym, że aby zdanie było "dobrym" zdaniem religijnym, owe oczekiwania ontologiczne mogą być podważone tylko do pewnych granic; z tego wynika, że ludzie jak najbardziej mogą wierzyć w Jezusa czy Jahwe, ale nie będą wierzyć w Potwora Spaghetti czy Dzieciojada. Dawkins właśnie tego nie rozumie. Nie da się ustalić formalnej granicy, na której zdanie przestaje być „dobrym” zdaniem religijnym, a zaczyna być zdaniem „złym”. To wszystko dzieje się samo; ludzie jedne zdania uznają, a innych nie.
W jednej z najlepszych książek traktujących o religii, mianowicie w książce Scotta Atrana zatytułowanej Ewolucyjny krajobraz religii, autor pisze tak:
Religia to kosztowne, trudne do podważenia zaangażowanie względem kontrintuicyjnych światów.
W tym jednym zdaniu jest mnóstwo treści. Po pierwsze, zdaniem Atrana, religia to zaangażowanie. Po drugie – jest to zaangażowanie trudne do podważenia. Po trzecie – jest to zaangażowanie kosztowne, bo przecież człowiek zaangażowany religijnie stara się spełniać wymogi swojej religii, chodzi na nabożeństwa, przestrzega określonych zasad etycznych, czasami daje ofiary na kościół itd. Po czwarte wreszcie, chodzi o zaangażowanie względem światów kontrintuicyjnych – wiara w to, że mężczyzna, który został powieszony na krzyżu i umarł, zmartwychwstał trzeciego dnia, jest sprzeczna z intuicją, z tym, jak postrzegamy świat.
OK, po co zatem ludzie wymyślają kontrintuicyjne światy, nadprzyrodzone agensy, po co angażują się w wiarę w to, co wymyślili i na dodatek ponoszą koszty swojego zaangażowania?  W książce Między logiką a wiarą, która to książka jest zapisem rozmów, jakie z ojcem Bocheńskim przeprowadził Jan Parys, na pytanie o to, jakie zadanie ma religia, Bocheński odpowiada tak:
Nie można powiedzieć, jakie jest zadanie religii, ponieważ religia jest czymś absolutnym. U wierzącego wszystko jest dla niej, a nie ona dla czegoś.
To jest bardzo dobrze powiedziane, natomiast to jest zdanie tak skondensowane, że już się go bardziej ścisnąć nie da i być może trudno jest to zdanie zrozumieć. Dlatego daję cytat z Atrana, tekst, który rymuje się z tym, co powiedział Bocheński:
Nie oznacza to, że funkcją religii jest neutralizowanie relatywizmu moralnego i ustanawianie porządku społecznego, ani że funkcją religii jest pomoc w niwelowaniu najsilniejszych obaw egzystencjalnych, czy też nadanie znaczenia sprawiającemu wrażenie arbitralnego istnieniu, lub wyjaśnienie ukrytego przed naszymi zmysłami początku rzeczy, itd. Religia nie posiada funkcji ewolucyjnej per se. To raczej odczucia moralne i niepokój egzystencjalny – za sprawą ewolucji – są nieuchronnymi składnikami ludzkiego życia, natomiast poznawcza kreatywność, selekcja kulturowa i trwałość historyczna wierzeń religijnych w dużej mierze wynikają z sukcesu w ich akomodacji.
O to właśnie chodzi – religia nie ma funkcji ewolucyjnej per se, czyli religia nie jest po coś, nie jest dla czegoś. Ludzie mają rozmaite potrzeby, a pośród nich i takie, których nie zaspokoi sztuka, nauka też nie, życie w rodzinie i szerszej wspólnocie również nie. Atran pisze:
Religia trwa dłużej niż nauka i świeckie ideologie nie dlatego, że jest wcześniejsza czy bardziej pierwotna, lecz z powodu tego, co jest w stanie dostarczyć ludziom w sensie emocjonalnym i wspólnotowym.

Mówiąc inaczej - ludzie mają potrzeby, których nie mogą zaspokoić w żadnym innym obszarze, ale jest religia. To jest obszar, miejsce, które jest tak czy siak, a człowiek może do tego miejsca pójść albo nie.

wtorek, 13 czerwca 2017

Lojalność

Ludzie lubią oglądać filmy o takich pojebańcach, którzy są poza systemem albo chociaż mają zupełnie przejebane. Lubią Jasona Bourne’a (co go Matt Damon gra), który do tego stopnia jest poza systemem, że sam nie wie, kim jest. Ludzie lubią, kiedy w filmie ktoś ma zupełnie przejebane - wyjebali chłopa z roboty, no i on wrócił do domu, a tam żona powiedziała, że się wyprowadza, bo potrzebuje się odnaleźć w życiu, więcej przestrzeni potrzebuje i w ogóle czegoś takiego potrzebuje, co ona nie wie, co to jest, ale na pewno tego czegoś nie odnajdzie, jak z tym chłopem dalej będzie. Ludzie tego chłopa lubią, a on w tym filmie weźmie się zaweźmie i różne ciekawe rzeczy zrobi, na przykład zabije siedemnastu złoczyńców - to w wersji dla tych, którzy za bardzo nie lubią skomplikowanych konstrukcji, albo uknuje i przeprowadzi jakąś wielopiętrową intrygę, a przy okazji znajdzie se taką babę cudowną po całości i wiadomo, że będzie z nią już do końca życia i będą szczęśliwi – to jest wersja dla tych co lubią Richarda Gere’a (wiecie, o co chodzi, z tym lubieniem Richarda Gere’a, co nie?).
OK, a zatem ludzie lubią w filmach tych wszystkich pojebańców, natomiast jak spotkają takiego pojebańca w życiu poza kinem, to są zgorszeni, oburzeni, zniesmaczeni. Nie chcą znać takiego pojebańca, A czasami zdarza się tak, że ktoś, kogo ludzie znają, zostaje takim pojebańcem, bo mu w życiu poszło, jak poszło. Nie wybrał sobie ten pojebaniec swego losu, tylko po prostu poszło mu, jak poszło. Bo to tak działa. W piosełce „Beautiful Boy” Lennon napisał tak: Life is what happens to you, while you're busy making other plans. Tak to działa. Rozumieją to wilki, słonie, koty, ale nie rozumie tego mnóstwo ludzi.
No i jak ktoś, z rozmaitych przyczyn, zostaje takim pojebańcem, to już nie może liczyć na lojalność tych, na których lojalność, jak się wydawało, mógł liczyć zawsze. Lojalność wymaga próby. Lojalność tylko wtedy, kiedy idzie dobrze, to chuj nie lojalność. Lojalność zaczyna się dopiero wtedy, kiedy jesteś w ciemnej dupie. Lojalność jest wtedy, kiedy Pool dostaje do przerwy w dupę z Milanem trzy do zera, a ludzie w przerwie śpiewają YNWA i tak się drą, że chłopcy Rafy Beniteza słyszą to w szatni i później któryś z chłopaków powiedział, że Rafa prawie nic nie gadał w przerwie, tylko po prostu chciał, żeby wszyscy słuchali Pieśni. Bo są takie chwile, kiedy gadanie nic nie da, bo przecież wszystko zostało już powiedziane, i jedyne, co można zrobić, to wysłuchać Pieśni, a później wyjść na boisko i spuścić wpierdol Makaronom. To są krytyczne momenty, kiedy wszystko już zostało powiedziane i jedyne, co można zrobić, to wysłuchać Pieśni, a później zrobić swoje, to są w kurwę trudne chwile. Raz uda się spuścić wpierdol Makaronom, a innym razem się nie uda, ale trzeba drzeć ryja i śpiewać You’ll Never Walk Alone choćby się waliło i paliło, bo to jest właśnie lojalność.


https://www.youtube.com/watch?v=xx0Ru_1zPVk